Historia wypadku Oxy
Oxi przywieźliśmy z Czech wracając z zimowych ferii z Karkonoszy. Miałam do wyboru dwie suczki z pięciorga szczeniąt. Oxi miała ogonek i była dużo jaśniejsza od siostry, trochę większa i zdecydowanie odważniejsza. Gdy nagle psia pyrkowa ciocia skarciła szczeniaki, na placu boju została tylko ona i to zdecydowało o wyborze.

Oxi od początku wspaniale pracowała i szybko się uczyła. Często miałam pokusę, by robić z nią sekwencje za trudne i stawiać jej za duże wymagania. Ona dzielnie to znosiła i nie dała mi się stłamsić nadmiarem pracy.
Pierwsze starty zerówkowe przyniosły pierwsze zwycięstwa i dyskwalifikacje. Było bardzo obiecująco.
Wtedy zdarzyło nam się nieszczęście. Oxi wybiegła na bardzo ruchliwą dwupasmową drogę. Potrącił ją samochód, złamał jej nogę i bardzo potłukł. Natychmiast zawiozłam ja do weterynarza. Na szczęście USG wykazało, że narządy wewnętrzne pracują normalnie. Noga całkiem odłamana w połowie długości kości udowej, miała być operowana nazajutrz.
Operacja się udała. Lekarz złożył nogę starannie, podokładał nawet odłamy, wprowadził gwóźdź do jamy szpikowej, założył opatrunek obejmujący całą kończynę dolna, aż do pachwiny. Po dwóch tygodniach zaczęło dziać się coś złego. Pies posmutniał, stracił apetyt, a przy stawie biodrowym można było wyczuć wysuwający się drut. Natychmiast pognałam do weterynarza. Lekarz kazał zawinąć i czekać dwa tygodnie. Wytrzymałam tydzień, bo drut był już widoczny pod skórą. Odwinięta noga okazała się rozłamana na nowo. Decyzja lekarza, natychmiast operujemy.
Kolejna operacja polegała na odrzuceniu odłamów i wprowadzeniu do jamy szpikowej tym razem dwóch gwoździ. Założono opatrunek sięgający 2/3 uda i do domu na 2 tygodnie. Oxi nadal była osowiała, jadła tylko z ręki i tylko dlatego, że ją o to prosiłam. Po tygodniu pod skórą zaczęłam wyczuwać ostrze gwoździa. Pojechałam do weterynarza. Zrobiliśmy zdjęcie, na którym widać było, że jeden drut wysunął się tak, że końcówka ustawiona pod kątem do osi kości znajduje się na wysokości przełomu. Byłam przerażona, a lekarz kazał zawinąć i poczekać dwa tygodnie.
Nie czekałam. Natychmiast zadzwoniłam do dr Janusza Bieżyńskiego. Porozmawiał ze mną, obejrzał wysłane mailem zdjęcia RTG i kazał natychmiast wyjąć gwoździe. Nie ufając już nikomu pojechałam z Oxi do Wrocławia. Pan dr Bieżyński wyjął jej gwoździe, odblokował kolano, przepisał antybiotyk i zalecił spacery, pływanie po zagojeniu szwów. Okazało się, że powstało zakażenie kości i zaczął się tworzyć staw rzekomy.Opatrunek zakładany w Bydgoszczy działał jak wahadło i nie zabezpieczał łapy, wręcz przeciwnie. Dopiero niedawno pan doktor potwierdził mi to, co wtedy przypuszczałam, że jeszcze chwila i groziłaby Oxi amputacja łapy.
Oxi po tygodniu podawania antybiotyku poweselała, nabrała apetytu i po kolejnym tygodniu zaliczyła pierwsze pływanie i radosne tarzanie w trawce.
Wreszcie stan Oxi poprawił się na tyle, by można ja było ostatecznie operować, licząc wyjmowanie drutu, po raz czwarty. Operacja trwała strasznie długo, ponad 2 godziny. Dr Bieżyński musiał odciąć końce kości przy przełomie, bo była w nich martwica, "wyczyścić" jamę szpikową,włożyć do niej gąbkę antybiotykową, która stopniowo uwalniała antybiotyk w miejscu operacji i ulegała absorbcji, ustawić kończynę w jak najlepszej osi, wywiercić 4 otwory i założyć płytę stabilizującą, która była na skórze, po to by przy demontażu nie trzeba było jej kolejny raz operować. Okazało się, że pierwsze dwie operacje były przeprowadzone brutalnie, z dużymi cięciami,które spowodowały wielkie blizny i zaburzenie ukrwienia. Noga po operacji było krótsza o ok 5-6 cm i miała być kikutem do podpierania.
Nastały długie tygodnie czekania na zrost, pielęgnacja odleżynek, wyprawy do Wrocławia na zmiany opatrunku (tym razem obejmował kończynę dolną i miednicę) To, w jaki sposób pani technik modelowała opatrunek, ile wkładała w to serca i starania, zasługuje na górę medali.
Wreszcie się udało, kontrolne zdjęcie pokazało, że jest zrost. Wracamy do domu już bez płyty i zaczynamy rehabilitację: pole elektromagnetyczne, soluks (to co udało nam się pożyczyć), masaże, ruchy bierne i redresje (przydało mi się moje wykształcenie rehabilitacyjne), na koniec zimne okłady i delikatne spacery.
Nastał czas małych cudów: "Wydawało mi się, że stanęła na nodze! Napewno stanęła! Chodzi na niej! Zakłusowała!! Podrapała się za uchem!!!"
Oxi wróciła do sportu. Znowu biega i nawet wygrywa ze zdrowymi psami czasem! Zawdzięcza to wspaniałemu lekarzowi
dr Januszowi Bieżyńskiemu z Wrocławia, ale także własnej, wielkiej, pyrkowej pasji zycia. Owczarki pirenejskie właśnie takie są. Mają pasję życia!